opluty blog

Twój nowy blog

Muszę przyznać, że po raz pierwszy od jakichś siedmiu lat blog.pl zaskoczył mnie pozytywnie, odblokowując wreszcie możliwość eksportu zawartości bloga. Eksportuję co się da- kupa mięci- a tutaj niech sobie będzie, co mi tam.

Więc skaczę w ogień.

Onet- psia jego krew- postanowił podobno kasować blogi na których przez pół roku nie było żadnej aktywności- jeszcze jedna nowość, która potwierdza słuszność wyprowadzki z tego wujowego serwisu.

Poważnie- szanowna administracjo- nie wiem skąd bierzecie te kretyńskie pomysły, ale natychmiast wrzućcie tam granat, wlot zabezpieczcie ołowianymi wrotami, a na koniec zalejcie dwumetrową warstwą betonu.

Mam już dość tych wszystkich nowinek, szablonu, usprawnionego panelu użytkownika, „znikniętych” linków oraz całej reszty, dlatego po 10 latach zwijam manatki, biorę dzidę i idę.
Nowe leże mam już zaklepane i wymoszczone, na dniach wrócę do regularnego pisania, dlatego jeżeli któreś z Was ma jeszcze cierpliwość do czytania- zapraszam na www.takijeden.ownlog.com. Wszystkich innych żegnam i dziękuję.

Dominik

*

7 komentarzy
Z Bobikiem znamy się od podstawówki, choć w pierwszej chwili robi wrażenie postaci o dynamice charakteru porównywalnej z wazą budyniu na łóżku wodnym, w oparciu o jego życiorys można by sklecić kilka niskobudżetowych filmów sensacyjnych i dwa razy tyle komedii. Rzeczony Robert ma swoje nawyki, jednym z nich jest zarabianie dużych pieniędzy a następnie topienie ich w kolejnych nieudanych biznesach, niemniej na swoim zawodowym bezrybiu ucieszyłem się, kiedy zaproponował spotkanie i rozmowę „o interesach”. 
Jak łatwo się domyślić, skończyło się na rozczarowaniu, albowiem Bobik postanowił zostać dystrybutorem kawy z jakąś egzotyczną hubą i chciał wciągnąć mnie do swojej sieci. Coś we mnie nerwowo przestępowało z nogi na nogę, kiedy słuchałem opowieści o facecie ze Stanów, który po dwóch latach został milionerem, o najlepszych europejskich dealerach jeżdżących Ferrari, nieograniczonych możliwościach i fortunie na wyciągnięcie ręki. Doskonałą puentą całej tyrady była kończąca ją prośba o pożyczenie dwóch dych na paliwo do skutera którym przyjechał. 
Wracałem autobusem ciesząc się z miejsca siedzącego, na którym ręce mogły mi opaść i wyglądać naturalnie. Patrząc przez okno na zachodzące słońce, z niejakim rozbawieniem stwierdziłem, że liczyłem na znalezienie zawodu i mam co chciałem- spotkał mnie. 
Żarty żartami, ale różowe w tej historii było tylko niebo na koniec. Marny grosz jaki zarabiam roboląc nie wystarcza żeby choć myśleć o jeździe w Bieszczady czy pójściu do restauracji, a jego zdobycie jest na tyle czasochłonne że z Z. widujemy się karygodnie rzadko. 0,5 znosi to wszystko bardzo dzielnie, bo nie oszukujmy się- wytrzymać prawie dwa lata z młotkiem który przez cały ten okres nie zdołał znaleźć normalnego zajęcia, to prawdziwa sztuka. Nie chodzimy do kina, nie bywamy w restauracjach ani na głupim piwie od wielkiego dzwona, nie ruszamy w Polskę (że o reszcie świata nie wspomnę), a monotonia noszenia gałęzi i kładzenia trawy z rolki sprawia, że po całym dniu tylko o pogodzie i polityce mam coś do powiedzenia. Trzeba to sobie jasno (i nazbyt patetycznie) powiedzieć- nie ma już poezji w koronach ściętych drzew. 
Większość znajomych radzi sobie w tej rzeczywistości znośnie lub całkiem dobrze, inni, nie potrafią się odnaleźć, np. Szymek który- cytując Bobika- „siedzi w domu i gra na komputerze, a jeść chodzi do mamy”. Nie wiem w jakim momencie jemu powinęła się noga, może właśnie z kimś takim warto by spróbować zrobić COŚ. Ruszalibyśmy w sumie z tego samego miejsca, no i kapitał zakładowy mielibyśmy taki sam. 
Gapię się codziennie w te cholerne ogłoszenia i zamiast kolejnych ofert bezpłatnych stażów i roznoszenia ulotek widzę: 
Dominik
Niedoszły król kawy z grzybem

Flogging Molly- The worst day since yesterday

*

6 komentarzy
Siostra przywiozła z Paryża ichni środek na komary i choć użyła go dwa pomieszczenia dalej, piszę to zdanie ze łzami w oczach. Na marginesie, hasło reklamowe „niemiecka chemia” wydawało mi się zawsze nieco upiorne, zwłaszcza w kontekście postępów jakie poczynili na tym polu podczas II Wojny światowej. Alejanieotymmiałem. No więc minęły dwa lata, czas faktycznie z wiekiem leci coraz szybciej, co bez entuzjazmu piszę już z perspektywy faceta po trzydziestce.
Podczas swojej tu nieobecności zaliczyłem występ w spocie PiS, wstrząśnienie mózgu po czołowym (sic!) zderzeniu z gałęzią którą nade mną ścięto, a rodzice z Bambunią zostali za działalność podziemną odznaczeni krzyżami kawalerskimi Polonia Restituta. Było tego więcej, ale nie chcę się wyprztykać z tematów w które proza życia ostatnio nie obfituje.
Chroniczny brak mamony ograniczył moją aktywność turystyczno- towarzysko- kulturalną właściwie do zera, jeśli nie liczyć trzech dni w Wejcherowie, najdalszy wypad zaliczyłem, kiedy wraz z kumplem pojechaliśmy kłaść trawę z rolki na placu faceta, który włada firmą ogradzającą Orliki i zony kibica. Z korporacją pożegnałem się w połowie lipca 2010 i od tamtej pory, jeśli nie liczyć kilku tekściarskich i montażowych zleceń dla pewnej agencji, zajmuję się wyłącznie pracą fizyczną jako podwarszawski drwal & assistant gardner. Nie żeby mi to wystarczało, broń Boże- zajęcie ani ambitne, ani zbyt dochodowe nie jest i może jeszcze byłoby fajną odskocznią, gdyby stanowiło weekendową alternatywę dla czegoś normalnego, nie zaś jedyną dostępną opcję pochłaniającą cały dzień oraz lwią część witalności. Zaczynamy o różnych, acz zawsze nieprzyzwoicie wczesnych godzinach, kończymy po zmierzchu; głodny, zmęczony i brudny jak po wojnie padam najczęściej spać zaraz po telefonie do Z, następnego dnia wstaję, zakładam łachman roboczy by następnych 12 godzin kopać komuś ogródek. Szczyt marzeń.
Co dzień, z rosnącą frustracją przeglądam ogłoszenia i wysyłam CV którego treść na nikim najwyraźniej nie robi wrażenia. Rozsyłam wici po znajomych, krewnych i nic, ziejąca czernią dupa. Jak by tego było mało, dałem się jeszcze na początku roku okraść dawnemu znajomemu, który po kilku latach ciszy pojawił się nagle na progu z rzewną historyjką o chorym ojcu i dramatyczną a pilną potrzebą pożyczenia pieniędzy na operację. Dałem ile mogłem, choć za typkiem nie przepadam (ba, z nim jedynym, na dodatek dwukrotnie lałem się po paszczach) i jeszcze groszem nie śmierdzę, ale że sprawa gardłowa, stawką jest życie a ludziom się ufo… Dziękował, wyściskał, poszedł. Jakiś czas lawirował zmyślając kolejne niestworzone historie, twierdząc że przelew już poszedł, że właśnie jedzie z pieniędzmi, że za kwadrans będzie. Oczywiście po drodze zawsze następował jakiś kataklizm (m.in. ze trzy razy pochował swojego jedynego psa) który krzyżował mu plany, pewnego lutowego poranka w całej swojej cielęcej naiwności bezowocnie czekałem trzy godziny w umówionym miejscu, jakiś czas potem zamilkł, zniknął ostatecznie.
Zawsze miałem go za cynicznego bydlaka, ale nie mogłem mu przy tym odmówić łba jak Łeba (vide: „łeb jak sklep”), tymczasem przy wszystkich innych paskudnych cechach okazał się być skończonym idiotą, bo jak inaczej nazwać kogoś, kto traci godność i staje się złodziejem dla 500zł, które wyda pewnie jak zwykle- na chipsy, piwo oraz papierosy? To głupie, wiem, ale wściekle cieszy mnie myśl, że mimo wszystko, gdybym znowu znalazł się w podobnej sytuacji, to bez zastanowienia wyciągnąłbym cały swój śmieszny majątek i pożyczył bo, kurde, tak trzeba.
I tak, o. Ersatz pracy mam- bądźmy szczerzy- gówniany, diabli wiedzą ile jeszcze zamiast głowy i pióra/klawiatury, za narzędzia pracy będę mieć łopatę, piłę spalinową czy, za przeproszeniem, glebogryzałkę. Nigdy nie umiałem znaleźć się w miejscu, gdzie ktoś nagle powiedziałby „słuchaj, przydałby mi się ktoś taki jak ty”; a może miejsca były, tylko zabrakło „kogoś takiego”.

Jacek Kleyff – Huśtawki

*

5 komentarzy

Czwarta dwadzieścia, za oknem słychać, pierwsze ptaki zaczynają
drzeć zachrypnięte po sobotniej nocy ryje. Przeszło dwa lata minęły, odkąd ostatni
raz szczerze zachciało mi się „jebnąć notkę” i choć wiele razy obiecywałem-
między innymi sobie- że klapnę przed klawiaturą i coś tam wydukam, to ostatecznie
nic nigdy z tego nie wychodziło.
Nie wiem od czego zacząć, po prawdzie nie mam nawet pewności, czy bawienie się
w chronologię ma tu jakikolwiek sens; wszystkiego przecież i tak nie streszczę,
a nie wypada iść po najmniejszej linii oporu i wznawiać działalności- wybacz Z.-
dykteryjką.
Bo właśnie, jeszcze trochę i stukną dwa lata odkąd (nadal nie mogę się
przyzwyczaić) heroicznym wysiłkiem zaczęła mnie znosić moja bardziej udana połówka.
0,5 będzie zaskoczona tym wpisem, więc przed publikacją zdjęć, personaliów i
kwestionariusza Proust’a, wolę się wcześniej dowiedzieć, czy nie ma nic
przeciwko. Na marginesie, muszę poważnie przemyśleć formułę bloga, bo teraz
wszelkie poważniejsze emocje mają zakotwiczenie w drugiej osobie i nie wiem
jeszcze- wywlekać wszystko i naruszać świętą intymność, znaleźć sposób na
opisywanie „ja” bez obnażania „my”, czy też pójść na łatwiznę i lecieć przygodami,
których o zgrozo nadal mam pod dostatkiem, a z których rzadko coś więcej
wynika.
Trochę za późno na takie rozważania, więc na wstępie skończę. Powiedziałem „A”,
więc do „B” czuć się będę zobligowany, a po tak długiej nieobecności ewentualnym
bywalcom i tak pewnie dłuższy czas zajmie zauważenie, że coś tu się jednak
rusza.

Kurcze, zapomniałem już, jak dobrze jest coś sobie napisać. 

Ustanowiłem wczoraj kolejny rekord bezmyślności, podczas powodzi informując klienta, że- „Nasz kurier kursuje w Łodzi między 9 a 17″.
Znajomi z szuflady stwierdzili, że gdyby nie moja radosna twórczość, dawno już zrezygnowaliby z tej roboty, a ja nadal nie wiem, czy traktować to jak komplement.

(lepszej wersji nie znalazłem)

Weekend rozpocząłem dziś, punktualnie o 22:39, kiedy skończyłem montowanie przyjacielowi dwóch arcynudnych samouczków. Już w sobotę rano pomyślałem sobie, że gdyby to było płatne zlecenie, a nie przysługa, to bez chwili namysłu zrezygnowałbym i poszedł w ten deszcz porządnie zmoknąć.
Podsłuchałem dziś na przystanku kłótnię lumpów z dresiarzami. Ci pierwsi spierali się między sobą, oskarżając wzajemnie o „niehonorne” zachowanie przy podziale zawartości butelki, drudzy natomiast, chcieli zająć się swoją flaszencją i utarczki sąsiadów coraz bardziej ich drażniły. W końcu herszt sportowych w nieparlamentarnych słowach zwrócił się do kierownika brodatych:
- Bo my kur… chcemy spokoju.
- No my też chcemy spokoju.
- Tak, ale nas jest więcej!

:)

Chodzi za mną od kilku dni jedna przywleczona z Yapy piosenka:

Carabobo – „Dobranoc”

*

7 komentarzy

Poniższy tekst w znacznej części miał być początkowo
odpowiedzią na komentarz Skubanej pod poprzednią notką, ale uznałem, że wkleję
go jako oddzielny wpis, bo niechcący napisałem kilka rzeczy, których nie
chciałbym zgubić czy zapomnieć.

Kiedy w dniu katastrofy szedłem ze zniczem
pod Pałac Prezydencki, mijałem grupę udającą się docelowo na Marsz Żywych
(mieli to zresztą napisane na kurtkach) i zjebałem ich przewodnika jak chyba
nikogo wcześniej; wyobraź sobie, że w tym gęstniejącym, milczącym tłumie, przy
całej panującej wokół, wymykającej się wszelkim opisom atmosferze, dosłownie kilka
godzin po tragedii, wyjaśniał zdezorientowanym ludziom, że Lech był
niepopularnym homofonem, ksenofobem oraz gburem. Czy powinniśmy w takich
sytuacjach nie reagować, przedkładając uniknięcie żenującego poziomu pyskówki
nad obronę własnych przekonań i ludzi je wyrażających? Nie, z baranami
faktycznie nie pogadasz, nie wyjaśnisz im nic ani nie usłyszysz przekonywujących
argumentów, ale nie wolno nam milczeć ani dać się zakrzyczeć. Agresywnego
pijaka nie zignorujesz, bo wejdzie ci na głowę, jeżeli nie odpędzisz go
wycedzonym przez zęby „spieprzaj, dziadu”; niestety, jeśli w takich sytuacjach nie
zniżysz się do pewnego poziomu i nie kopniesz w dupę, to ów poziom ściągnie cię
do siebie i będzie jeszcze mniej estetycznie. A w ogóle, to pieprzyć estetykę.
Druga sprawa o której piszesz, czyli
zachowanie krytyków Prezydenta podczas żałoby i później- całkowita zgoda. Muszę
się przyznać, że początkowo miałem z tym spory problem, bo z jednej strony
serce się rwało, żeby wykrzyczeć tym wszystkim ludziom i mediom- „Spierdalajcie!
W paskudny i przemyślany sposób niszczyliście tego człowieka za życia, nie
udawajcie teraz wzruszenia i smutku. Nie macie prawa stawać w jednym szeregu z
żałobnikami, a mnie szkoda nawet na was splunąć”. Z drugiej strony niektóre
wypowiedzi wydawały mi się szczere i poparte jakąś głębszą refleksją (np. o
zgrozo ta Michnika)
, choć oczywiście nauczony doświadczeniem żadnej do końca nie ufałem.
Żałoba, przynajmniej ta oficjalna, dobiegła
końca i powoli zaczyna wypływać faktyczne nastawienie ludzi oraz instytucji- np.
na WP prym jak wcześniej wiodą artykuły o wszystko mówiących tytułach: „Dlaczego
Jarosław Kaczyński nie ma szans”, albo „Wraca IV RP – groźna dama owinięta
czarnym kirem”. I znów pytanie: czy w takich sytuacjach wypada siedzieć
cicho? Czy reagować powinniśmy dopiero, gdyby przeciwnicy pochówku Prezydenta
na Wawelu zrealizowali swoje groźby i zaczęli palić podczas pogrzebu opony, albo
rzucać petardy? Dla mnie równie obrzydliwe było samo, pozornie błahe, zapisanie
się na facebooku do jednej z kilku grup z serii „Też chcę być pochowany na
Wawelu” albo „Stadion Narodowy na Wawelu”, a udawanie w takiej sytuacji, że nic
się nie dzieje, bądź unikanie sporu pod pozorem bycia ponad to, wyrzucałbym
sobie później jako pewną formę tchórzostwa. A wracając do nagłówków z
Wirtualnej Polski i przy okazji kończąc- poważnie zastanawiam się nad
wstąpieniem do PiSu.

 


(powyższy filmik wrzucam, bo razem z muzyką, jest w jakiś straszny sposób piękny)

 

Szczerze mówiąc, zawsze kiedy uderzam w
takie górne tony jest mi trochę głupio i zaraz mam ochotę wszystko rozcieńczyć
jakimś głupim żartem. Paradoksalnie, kiedy siadałem jakiś czas temu do
komputera, chciałem opisać dwie absurdalne sytuacje z odległej przeszłości, ale
się niechcący nakręciłem i oto efekt. A teraz idę spać. I chuj.

 

PS. I nie Kaczor, tylko Kaczuszka.

*

2 komentarzy

Żałoba narodowa oficjalnie dobiegła już końca, ale czuję potrzebę pełniejszego rozliczenia się z tą tragedią, zanim na dobre wrócę do codzienności.
Lech Kaczyński był moim prezydentem. Wspierałem Go cały sercem i nierzadko całym gardłem, a dzięki postawie, jaką prezentował, po piętnastu latach IIIRP mogłem w końcu czuć dumę z zachowania głowy państwa. Nie zataczał się, jak poprzednik, na symbolicznych grobach moich pradziadków, ale jako pierwszy godnie uczcił ich pamięć, nadając pośmiertne awanse.

Teraz powyższy dokument jest to dla mojej rodziny pamiątką bezcenną podwójnie.

W odróżnieniu od światowej, ale też w przeważającej części rodzimej wierchuszki, nie zadowalał się pustymi gestami, jak choćby podczas wojny w Gruzji przed dwoma laty.Wiele osób wypominało mu wtedy naiwność i warcholstwo, kilka miesięcy później marszałek Komorowski kpił ze „ślepych snajperów”, jednak Gruzini docenili wagę tamtych czynów, nieco pochopnie i naiwnie zmieniając ją w gorącą sympatię dla całego, bardzo w ocenie owych wydarzeń podzielonego polskiego społeczeństwa. Lech Kaczyński został oficjalnie uznany bohaterem narodowym Gruzji, a prezydent tego państwa dokonał cudów aby przybyć na Jego pogrzeb, tymczasem u nas- po staremu- w najlepsze trwała podgrzewana przez niektóre media szamotanina o miejsce pochówku Pierwszej Pary. Ścierwa pokroju Moniki Olejnik stawały na głowie, by dowieść, że za Wawelem stoi Jarosław Kaczyński, a spory tłumek w którym niestety odnajduję znajome twarze, postanowił obsmarować już podjętą decyzję. Mój stosunek do tej smutnej sytuacji najlepiej oddaje fragment wpisu, jakim odpowiedziałem na zaczepkę Roberta Kasprzyckiego- „Chciałoby się powiedzieć, że oceni to historia, ale ona zapamięta wyłącznie Lecha Kaczyńskiego”.
No i właśnie, przykre jest to, że nawet w doniosłych chwilach znajdzie się grupa krzykaczy, która będzie w stanie pozostawić niesmak i choć następne pokolenia zapewne wcale o nim nie usłyszą, to my, współcześni, jesteśmy już dożywotnio skażeni tą szarpaniną nad trumną.

Nie mogłem uwierzyć, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem listę ofiar katastrofy w Smoleńsku. Prawdę mówiąc, pomimo dziewięciu dni, nadal nie dociera do mnie, że o osobach które poniosły tam śmierć, będziemy mówić już tylko w czasie przeszłym. Pierwsza Para, Pani Ania Walentynowicz, prezydent Ryszard Kaczorowski, ks. Roman Indrzejczyk, Janusz Kochanowski, Zbigniew Wassermann, Gosiewski, Putra, Kurtyka, Szmajdziński, Gęsicka, Natalii- Świat, Szczygło, Stasiak, Wypych, Jaruga- Nowacka, Skrzypek, Karpiniuk… Opłakiwałem wszystkich, nawet tych którzy jeszcze niedawno wyzwalali we mnie nieodkryte wcześniej złoża wymyślnych wulgaryzmów, ale też do łez współczuję rodzinom, zwłaszcza córce, co w jednej chwili z jedynaczki stała się sierotą, oraz Jarosławowi Kaczyńskiemu, ilekroć pomyślę jak niewyobrażalny dramat musi przeżywać- utracił brata bliźniaka, w szpitalu leży jego ciężko chora, nieświadoma katastrofy matka, której będzie musiał przekazać informację o tragicznej śmierci syna i prawdopodobnie niebawem zostanie na tym świecie zupełnie sam.
Już widzę, że nie zdołam opisać wszystkich emocji i refleksji, ale jestem o tyle spokojniejszy, że spróbowałem. Jeszcze tylko na sam koniec dodam cichutko, że chciałbym mieć szansę umrzeć równie pięknie.


  • RSS